Problem niepodległości w myśli Jana Ludwika Popławskiego
Roman Dmowski w mowie pożegnalnej
na pogrzebie Popławskiego stwierdził, iż “to, co jest najlepsze w zakresie
polskiej myśli politycznej, wyrosło z ziaren przez Popławskiego zasianych”[1]
. W pracy „Polityka polska i odbudowanie pastwa” nazywał go twórcą podstaw
nowoczesnej polityki polskiej. Pisząc o początkach ruchu narodowego, podkreślał
on bowiem, że: “Te młode koła były dziećmi epoki względnie trzeźwej,
społeczeństwa przekształcającego się w kierunku nowożytnym, miały zaczątki
rozumienia rzeczywistości polskiej i miały wśród siebie człowieka o dziesiątek
lat od swych współpracowników starszego, który tę rzeczywistość ogromnie jasno
widział i o Polsce szerszą, niż ktokolwiek wówczas, wiedzę posiadał. (...) Był
to duchowy ojciec nowoczesnej polityki polskiej. Pod jego wpływem myśl tego
nowego pokolenia skierowała się do zagadnień bieżących bytu narodowego, do
ujmowania ich z punktu widzenia całości sprawy polskiej, do szukania w położeniu
współczesnym Polski i w rozwoju politycznej sytuacji Europy dróg do odbudowania
państwa polskiego”[2].
Popławskiego jako publicystę zaprzątała przede wszystkim sprawa niepodległości
Polski. W swoich artykułach i analizach podnosił tę kwestię bardzo często,
oceniając niejako wszystkie zagadnienia poprzez jej pryzmat, tzn. czy i w jaki
sposób dane działania lub zachodzące procesy przybliżą ten naczelny cel, jakim
jest niepodległość. Problem suwerenności poruszany był przez Popławskiego
przynajmniej na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, poszukiwał on środków, które
ową niepodległość mogą przynieść. Zastanawiał się nad tym, co należy uczynić,
aby w bliższej lub dalszej przyszłości jej osiągnięcie stało się realne. Po
drugie zaś, usiłował wskazywać, jak ta niepodległa Polska winna wyglądać.
Rozumiejąc, że niezależność nie jest czymś raz na zawsze danym, niemało uwagi
poświęcił choćby kwestiom granic. Twierdził, iż ich odpowiednia konstrukcja
jest równie ważna, jak samo odbudowanie niepodległego państwa polskiego. Jeśli
przyszła Polska ma nie być tworem efemerycznym czy też zależnym od państw
ościennych, konieczna jest, jak podkreślał, jej rekonstrukcja w odpowiednim
kształcie terytorialnym.
Oceniając szanse Polski na
odzyskanie niepodległości, Popławski uznawał, iż jest to możliwe jedynie w
przypadku wojny – albo pomiędzy mocarstwami zaborczymi, albo którymś z nich a
innym państwem – i połączonego z nią powstania narodowego. Nie twierdził jednak,
iż do tego momentu należy czekać z założonymi rękami, wyglądając z utęsknieniem
sprzyjającego Polsce rozwoju wypadków międzynarodowych. Uważał, że ten czas
trzeba wykorzystywać w sposób optymalny, uruchamiając procesy, które umożliwią
powodzenie takiego zrywu niepodległościowego w odpowiedniej chwili. Wytężona
praca na różnych polach jest bowiem najlepszym gwarantem tego, iż w
sprzyjającym momencie Polacy będą w stanie odbudować swoje państwo. W artykule
z 1900 r. czytamy, iż kwestia „...odzyskania niepodległości politycznej Polski
przedstawiać się musi każdemu, kto się nad nią zastanawia, jako rezultat
współdziałania dwóch czynników: zbiegu pomyślnych okoliczności zewnętrznych, w
bardzo małym stopniu od nas zależnych lub niezależnych wcale i od naszej
wewnętrznej siły narodowej i społecznej. Nasza polityka narodowa przed 1863 r.
zwracała szczególną uwagę na okoliczności zewnętrzne – kombinacje dyplomatyczne
i zatargi międzynarodowe lub ruchy rewolucyjne. Nie lekceważyła ona bynajmniej
siły wewnętrznej społeczeństwa, jak to niektórzy publicyści dziś twierdzą,
sądziła jednak, że ta siła istnieje w stanie utajonym...”[3].
Popławski, jak się wydaje, nie wierzył w te czekające jedynie na sygnał ukryte
siły, które zostaną zbudzone w odpowiednim momencie. Uważał po prostu, iż na
tym polu również konieczna jest wielka praca do wykonania. Twierdził, że doraźna
propaganda i agitacja nie są w stanie ad hoc zorganizować i poruszyć tej
istniejącej rzekomo potencji. Jak słusznie podkreśla w swojej książce Nikodem
Bończa-Tomaszewski, jesteśmy nazbyt często przywiązani do wizji dziejów wieku
XIX „...jako stuletniego zmagania się narodu o niepodległość, a więc o żadnym
budowaniu narodu nie może być mowy. Narodowcy przełomu XIX i XX wieku widzieli
sprawę nieco inaczej. Przeobrażenia XIX wieku, sprawiły, że z tego, co w chwili
rozbiorów stanowiło Polskę, prawie nic nie pozostało. Całe grupy społeczne
poznikały, granice z 1772 roku stały się historią, brak było ciągłości
gospodarczej i politycznej. Pozostała tylko grupa klerków ze swoim
dziedzictwem: świadomością polskości. Musieli oni Polskę zbudować na nowo,
sprawić, aby lud stał się narodem, określić granice polskości, określić granice
Polski. Twórcy nacjonalizmu mieli świadomość tego, że tworzą coś od nowa”[4].
Stąd też Popławski niemało miejsca w swoich artykułach poświęcił kwestiom
opisania, czym jest Polska i kim są Polacy. Z podziwu godną systematycznością i
skrupulatnością śledził procesy narodowościowe na poszczególnych ziemiach
wchodzących w skład państw zaborczych. Wskazywał na dominacje określonych
tendencji i prognozował, jak w ich perspektywie rysuje się możliwość
ewentualnego włączenia tych ziem do przyszłego państwa polskiego.
Za jądro publicystyki
Popławskiego i jej temat przewodni można uznać kwestię ludową. Termin “lud”
oznaczał dla niego początkowo przede wszystkim ludność wiejską, której
instynktownie narodową postawę, wyrażającą się chociażby w obronie swej ziemi
przed zakusami Komisji Kolonizacyjnej w zaborze pruskim przeciwstawiał
wątpliwej jakości patriotyzmowi szlachty (“Głos” drukował np. nazwiska Polaków
sprzedających swe majątki Niemcom w Wielkopolsce i na Pomorzu). Lud stanowił
więc dla niego naród in statu nacendi, swego rodzaju potencjał narodowy,
który należało zaktualizować i wykorzystać. Popławski uznał nawet, iż w Polsce
istnieją dwie odrębne cywilizacje: chłopska i pańska, będące względem siebie
przeciwstawne. „Przeszłość nasza – jak stwierdzał – wyodrębniła zupełnie
warstwy wyższe od masy narodu, pomiędzy dwoma tymi światami zerwały się
wszystkie prawie nici, podtrzymujące obcowanie wzajemne. Nastąpił rozbrat
całkowity, którego nie można nawet porównywać z przeciwieństwem interesów
stanowych w Europie zachodniej, gdzie różnice te przechodzą cały szereg
stopniowań. Błędne jest mniemanie, że przeciwieństwo to nosi u nas wyłącznie
charakter społeczno-ekonomiczny, że wielki posiadacz ziemski przeciwstawia się
drobnemu, kapitalista – najemnikowi, szlachcic – chłopu. Rozdział sięga
głębiej; po jednej stronie bowiem stoi cała warstwa uprzywilejowana w
jakikolwiek sposób, cała inteligencja narodu – po drugiej zwarta masa ludowa, związana
tylko nieświadomym poczuciem wspólności plemiennej – naród pański i naród
chłopski. (...) Interesy ludu nie tkwiły dotychczas w interesach narodu.
Doprowadzenie dwóch tych liczb do wspólnego mianownika – to zadanie
przyszłości, ale zadanie nie tak łatwe, jak się na pozór zdaje”.[5]
Chłopi uosabiali dla Popławskiego przywiązanie do tradycji, obyczajów, ziemi,
języka oraz tzw. „poczucie gromadzkie” stojące w opozycji wobec liberalnego
indywidualizmu. Tak mocne akcentowanie kwestii ludowej było zresztą powodem
wysuwanych pod jego adresem, jak i innych osób związanych z redakcją „Głosu”,
zarzutów o powielanie na gruncie polskim wzorców narodnickich. Paralele takie
wydają się jednak zupełnie nie trafione. Mamy do czynienia tutaj jedynie z
pewnym powinowactwem używanego słownictwa, co przecież niczego nie może
dowodzić. Podstawowa różnica pomiędzy narodnikami, a Popławskim jest tego
rodzaju, że ci pierwsi idyllizowali lud, wyposażając go we wszystkie możliwe
przymioty, postrzegali go jako nosiciela prawdy oraz usiłowali niejako uludowić
naród, przeciwstawiając sobie te dwa pojęcia. Dodatkowo narodnictwo
charakteryzowało się dość mocnymi akcentami antymodernizacyjnymi czy
antyokcydentalistycznymi. Niczego takiego nie odnajdziemy natomiast w publicystyce
Popławskiego. On chciał lud zmieniać. Nie może być mowy u niego o jakimś bałwochwalczym
podejściu do niego. Można odnaleźć natomiast dość dużą dawkę krytycyzmu wobec
jego wad. Nie ma u niego jakiejś naiwnej “ludomanii”, kultu “swojszczyzny”,
programu uczenia się od ludu czy postulatów uludowienia narodu, wręcz
przeciwnie, chodziło mu o unarodowienie ludu. W gruncie rzeczy lud był dla
Popławskiego pewnym narzędziem, które miało służyć niepodległości Polski. Jego
antyszlacheckość, jak i widoczny czasami antyklerykalizm, nie miały charakteru
programowego. Krytyka tych warstw wynikała z tego, iż jego zdaniem, zbyt mało
uwagi poświęcały one sprawom ludu, co niekorzystnie wpływało na kwestię
narodową. Lud to surowy budulec społeczny, który miał zostać przekształcony w
świadomy i nowoczesny naród. Inteligencja miała odegrać swoją wielką rolę jako
krzewicielka oświaty, budzicielka świadomości narodowej wśród warstw ludowych[6].
Jak pisał na łamach „Przeglądu Wszechpolskiego”, „...praca, która dąży do
podniesienia kultury narodu, ma jeszcze inne bodaj ważniejsze zadania. Powinna
ona olbrzymią masę materiału surowego, jaki przedstawia pierwotna i w znacznej
mierze samodzielna kultura ludu, przerobić, nadać tej kulturze wyższe formy”[7].
Z biegiem czasu Popławski rozszerzył zakres semantyczny tego pojęcia, obejmując
nim całość tzw. warstw pracujących, a więc włączając w nie również robotników,
inteligencję i mieszczaństwo. Już w artykule z 1887 r. pisał: „Osobiście sam
należę do ludu, bo lud stanowią nie tylko ci, którzy ziemię orzą lub w fabryce
mają robotę, ale i ci wszyscy, którzy żyją wyłącznie z rezultatów swojej pracy
osobistej. Lud to po prostu zbiorowość wszystkich klas pracujących”[8].
W późniejszej o kilkanaście lat pracy czytamy natomiast, że pojęcie lud
„....obejmuje całość warstw pracujących w najszerszym znaczeniu tego wyrazu, a
więc nie tylko włościan, drobnych właścicieli i robotników wiejskich, ale i
najemnych robotników fabrycznych i rękodzielników i przedstawicieli wszelkich
zawodów, nie wyłączając tzw. zawodów inteligentnych, którym wyłącznie lub
przeważnie praca osobista daje środki do życia”[9].
Nowe społeczeństwo polskie, którego stworzenie postulował Popławski wymagało
tego, aby jak pisał Norwid w „Promethidionie”, przepaść pomiędzy „słowem ludu,
a słowem pisanym i uczonym” została zasypana. Popławski był jak się wydaje
przekonany podobnie jak Norwid, iż „żadne się
społeczeństwo nie ostoi i żaden naród nie utrzyma, jak przez pracy harmonię
tradycyjną powiązane z sobą słowo ludu i słowo społeczeństwa w dwie się strony
rozprzęgną”[10]. Lekarstwem na to rozdarcie miała być demokratyzacja, stopniowe zlewanie się
tych warstw w jedną całość. Proces ten jednak oczywiście sam z siebie nie mógł zajść.
Potrzebny był więc ogromny wysiłek warstw wyższych, inteligencji w kierunku
podnoszenia ludu, włączenia warstw ludowych w krwioobieg narodowy, stworzenia z
nich świadomych, a można byłoby rzec wręcz nowoczesnych Polaków,
przekształcenia biernej narodowo masy etnograficznej w aktywną siłę polityczną.
„Gdyby polityka Poznańczyków – pisał Popławski w artykule z 1888 roku – od
dawna weszła na tory demokratyczne, gdyby z pominięciem interesów warstw innych
wszystkie usiłowania skierowano ku podniesieniu moralnego i materialnego stanu
ludu, stworzono silną ekonomicznie drobną własność, tanie instytucje kredytowe,
szkoły rękodzielnicze, stowarzyszenia wytwórcze itp., kolonizacja niemiecka i
próby germanizacji byłyby raz na zawsze pozbawione podstaw działania”[11].
Niepodległość jedynie wówczas może mieć realne szanse na zaistnienie, jeśli
dojdzie do stworzenia takiego społeczeństwa i unarodowienia szerokich mas
ludowych. Jedynie wspólny wysiłek wszystkich warstw w tym kierunku może
przynieść w przyszłości jakieś wymierne i trwałe efekty. Bez tego marzenia o
niepodległości, zdaniem Popławskiego, pozostaną jedynie mrzonkami, nie mającymi
za sobą żadnego pokrycia w rzeczywistości. Jak słusznie wskazuje Teresa Kulak,
cel, który Popławski sobie stawiał, wymagał współdziałania wszystkich warstw
społecznych. „Szlachta posiadała tradycje politycznego działania, niezbędne
wykształcenie i kulturę polityczną, z kolei lud swoją masą – mógł zapewnić jej
polityczna siłę i skuteczność przedsięwzięć”[12].
Tak też należy chyba rozumieć głoszoną przez Popławskiego formułę
podporządkowania interesom ludu interesów warstw odrębnych, przekonanie, iż
sprawa ludowa bynajmniej nie zawiera się w sprawie narodowej jak część w
całości, oraz hasło „nie przez naród do ludu lecz przez lud do narodu”[13].
Popławski stwierdził bowiem, iż w danym momencie historycznym takie
podporządkowanie interesów wszystkich klas interesom ludu wychodzi po prostu z
korzyścią dla sprawy narodowej i w takim sensie w pełni odpowiada interesom
narodu, przybliżając sprawę niepodległości[14].
Wydawałoby się, że postulaty te
bliskie są tym lansowanym w tamtym czasie przez pozytywistów, jednak, jak
nietrudno się zorientować, bliskość jest pozorna. Owszem, zarówno Popławski,
jak i pozytywiści, kładą nacisk na coś, co możemy określić mianem „pracy
organicznej”. Jednakże ten pierwszy wcale nie ma zamiaru w związku z tym
odkładać ad acta czy spychać na drugi plan kwestii niepodległości.
Niepodległość bowiem to dla Popławskiego „wielka idea”, która winna towarzyszyć
wszelkim poczynaniom Polaków. Program pozytywistyczny oznaczający rezygnację z
dążeń niepodległościowych w imię spokoju, rozwoju gospodarczego oraz możliwości
indywidualnego bogacenia się to dla niego obniżenie ideałów społecznych.
„Opierając się na znaczeniu niezaprzeczonego faktu – pisał w związku z tym – że
wybuchy uczucia sprowadziły nader szkodliwe skutki dla naszego społeczeństwa,
których doniosłość odczuwamy dotychczas, doszliśmy do wniosku, że w polityce
nie wolno rządzić się uczuciem, lecz jedynie rozsądkiem. Byłoby to bardzo
pożądane, gdyby było możliwe. Polityka jednak, o ile nie zamyka się w granicach
projektów gabinetowych, ma do czynienia z działalnością zbiorową mniej lub
więcej licznych mas, z działalnością nieświadomą, instynktowną, w której
uczucie gra przeważną rolę. (...) Nie wolno więc zaprzeczać doniosłości udziału
uczuć w sprawach społecznych, należy owszem liczyć się z nimi i na nich
politykę swoją opierać, inaczej bowiem najkunsztowniej zbudowane jej
rusztowanie runie przy pierwszej próbie jak domek z kart”[15].
Tak więc Popławski mówi nam, ni mniej ni więcej, tylko to, że właśnie prawdziwy
realizm polityczny wymaga liczenia się z uczuciami, brania pod uwagę również
tego czynnika. Praca organiczna, codzienna, praktyczna jak najbardziej tak,
zdaje się mówić Popławski, ale w jej imię nie można zapominać o celu
zasadniczym, ponieważ jedynie wówczas ma ona wartość, sens i znaczenie kiedy
„…ją ogrzewa i oświeca płomienne słońce jakiejś wielkiej idei”[16].
Bez tej wielkiej idei bowiem nie uda się nawet skutecznie wypełniać owych
drobnych, codziennych obowiązków, ona bowiem stanowi najlepszy katalizator
działań, nadaje im „ruch i spójnię” i jest dla nich „magazynem zapasowym siły”.
W związku z tym Popławski konkluduje, iż: „Czyich oczu światło nie razi, ten
niechaj prosto w słońce patrzy, kto blasku jego znieść nie zdoła, ten niechaj
rozpali swój mały kaganek, niechaj pracuje przy nim, ale powiek niechaj nie
mruży przed promieniem jasnym. Komu drogę do ideału prawdy mur przesłania,
niech rozpali w sercu swym wiarę, że nie ma takiego muru, którego by nie można
przebić głową, zwłaszcza, gdy wyszczerbiły go już kości roztrzaskanych czaszek,
zwilżyły rozpryskane mózgi”[17].
Złudzeniem jest również dla Popławskiego pogląd, iż poprzez działania
zmierzające do rozwoju gospodarczego, żmudną, codzienną pracę można
powoli,
stopniowo osiągając coraz większą autonomię, doprowadzić do odzyskania
niepodległości przez Polskę. Przekonuje on, iż państwa ościenne z
własnej woli
nigdy do tego nie dopuszczą. Twierdzi, że trzeba liczyć się z tym, iż
jeśli
własnym wysiłkiem zbrojnym i przelaną krwią Polacy do tego nie
doprowadzą, to
po prostu nigdy się to nie urzeczywistni. Praca organiczna, codzienna to
środek
wspomagający, pomocniczy jedynie, natomiast sama niepodległość musi
wiązać się
z jakimś zrywem powstańczym, który jednak poprzez tę mozolną pracę
zostanie
właściwie przygotowany. „Niepodległość polityczna! – pisze Popławski –
Na
dźwięk tych wyrazów w wyobraźni naszych mężów stanu i polityków powstają
straszne widma spisków krwawych, zamachów, zbrojnych powstań i innych
okropności, zawartych w jednym słowie – rewolucja. Nie potrzeba chyba
zaprzeczać, bo nikt temu nie wierzy, żeby ktokolwiek dziś w Polsce
myślał o
bezpośrednim lub chociażby pośrednim przygotowaniu powstania. Ale jest
również
bałamuctwem politycznym, dziecinnym złudzeniem przekonanie, że zmiana
pojęć
moralnych i stosunków politycznych i społecznych w przyszłości pozwoli
nam
swobodnie i wszechstronnie rozwijać naszą narodowość pod obcym
panowaniem, a
tym bardziej, że odzyskanie niezależności państwowej Polski nastąpi z
woli
Boga, wskutek tryumfu zasad sprawiedliwości, ale nie wiadomo quo modo i
quibus auxiliis. Zapewne taka ufność nieokreślona może być wielką
pociechą dla dusz słabych i skołatanych niedolą, dla umysłów prostych,
ale ogół
myślący powinien mieć jasną świadomość, że stać się może to tylko za
naszą
sprawą lub przynajmniej z naszym czynnym udziałem, w sposób, który już
nasi
dziadowie określili: «co nam obca moc wydarła – mocą odbierzemy». Mocą
swoją i
cudzą, wskutek kombinacji dyplomatycznych i starć zbrojnych, i ma się
rozumieć,
powstań i innych strasznych dziś dla wyczulonych naszych nerwów
przedsięwzięć.
Krwią i żelazem i rozumem politycznym odzyskiwały zawsze wolność narody,
a my
nie jesteśmy ludem wybranym, dla którego wyższa wola zmieniałaby prawa
historii. Czy to się stanie za 10, 20, czy za sto lat – odpowiedzieć
dziś nikt
nie potrafi, że się inaczej stać nie może jak się gdzie indziej i kiedy
indziej
podobne przewroty odbywały – to wątpliwości nie ulega”[18].
Kwestia druga, która zaprzątała uwagę Popławskiego przez
lata jego aktywności politycznej i publicystycznej, to kształt przyszłego
niepodległego państwa polskiego. W latach 1901-1903 sformułował on program terytorialny
przyszłej Polski w dwóch wersjach realnych (pesymistycznej – granice miały
obejmować Wielkopolskę, Pomorze, Prusy Wsch., Górny Śląsk, Królestwo Polskie,
Galicję oraz Śląsk Cieszyński; optymalnej – do wymienionych ziem dochodziła
część Dolnego Śląska, Pomorze Zachodnie, na wschodzie zaś miała obowiązywać
granica z 1772 r.) oraz w wersji perspektywicznej (najbardziej ekspansywnej,
związanej z aspiracjami mocarstwowymi Polski) – tu uwzględniał w granicach
Polski „odwieczne siedziby” ludności polskiej, stąd obszar przez niego
zakreślony obejmował około 850 tys. km2. Jednak zasługi Popławskiego
na tym polu to przede wszystkim zwrócenie uwagi na znaczenie ziem zachodnich
dla Polski. Można śmiało powiedzieć, iż to właśnie za jego sprawą doszło do
przeorientowania polskiej polityki na kwestię ziem zachodnich (etnicznie
polskich). Roman Dmowski pisał wprost o doniosłej roli współtwórcy Ligi
Narodowej na tym polu, podkreślając, iż: „Człowiekiem, który otworzył oczy
naszemu pokoleniu na znaczenie ziem zaboru pruskiego dla przyszłości Polski,
który jasno widział, że bez tych ziem możemy być tylko słabym, uzależnionym od
sąsiadów, stopniowo topniejącym narodkiem, w którego nieocenionych i po dziś
dzień niedocenionych pismach politycznych ta myśl przewija się nieustannie –
był Popławski”[19].
Tenże bowiem już w 1887 r. podkreślał: “Wolny dostęp do morza, posiadanie
całkowite głównej arterii wodnej kraju Wisły, to warunki konieczne prawie
istnienia naszego. (...) Nasi politycy marzą jeszcze o Wilnie i Kijowie, ale o
Poznań mniej dbają, o Gdańsku zapomnieli prawie zupełnie, a o Królewcu i Opolu
nie myślą zgoła. Czas już zerwać z tą tradycją, która pasowała na bohaterów
Jeremich Wiśniowieckich, a na pastwę niemieckim katom oddawała Kalkszteinów,
czas już po tylu wiekach błąkania się po manowcach wrócić na starą drogę, którą
ku morzu trzebiły krzepkie dłonie wojów piastowskich”[20].
W związku z takimi konstatacjami pilnie śledził i analizował on dane
statystyczne dotyczące areału ziemi i liczby gospodarstw polskich czy też zmian
w dziedzinie struktury narodowościowej w zaborze pruskim. Zauważał negatywne
dla Polaków tendencje jeżeli chodzi o stan posiadania, natomiast pozytywne w
sferze przyrostu demograficznego Polaków na tych terenach[21].
W innym artykule zaś, z o wiele większą już dozą optymizmu konstatował, iż
„...ludność polska mnoży się szybciej niż niemiecka, a nie tylko siła liczebna
ludu polskiego rośnie, ale i jego siła kulturalno-polityczna i ekonomiczna.
Żywioł Polski jest dziś pod każdym względem silniejszy w Prusach niż był przed 30, a tym bardziej 50 laty,
nie tylko bowiem powstrzymał postępy niemczyzny na kresach wschodnich, ale odzyskiwać
zaczął stracone posterunki, zdobywać całe terytoria jak Górny Śląsk i Mazowsze
pruskie, a nawet wystąpił zaczepnie w dziedzinie stosunków ekonomicznych,
tworząc silne kolonie robotnicze polskie w stolicy Prus i w Niemczech”[22].
Ranga tych ziem dla Popławskiego była tak duża, iż dopuszczał nawet możliwość
zrzeczenia się Litwy, Białorusi i Ukrainy w przypadku, jeśli wymagałyby tego
interesy zaboru pruskiego. Walka bowiem toczona na kresach zachodnich, jego
zdaniem, nie dotyczy jedynie spraw zaboru pruskiego, ale jest problemem o
fundamentalnym znaczeniu dla całego narodu. Przywołując ukute po Kongresie
Wiedeńskim hasło „głupia Polska bez Poznania” Popławski pisał, że „marna byłaby
ta przyszła Polska, dla której żyjemy i działamy, ta Polska, której nie doczekamy
zapewne, ale którą oglądać będą dzieci i wnuki nasze – nie tylko bez Poznania
ale i bez Śląska, bez dostępu do morza, a więc bez Gdańska i Królewca. Te
prowincje, które dziś do Prus należą, są koniecznym warunkiem istnienia państwa
polskiego, już dziś są warunkiem utrzymania potęgi prusko-niemieckiej. Dla nas
tym bardziej nie może być w tej sprawie kompromisu. (…) bez tych ziem Polska
nie może istnieć, że choćby w innych granicach powstała, do opanowania tych
ziem dążyć musi. Niemcy już to rozumieją – my nie wszyscy jeszcze”[23].
Konflikt polsko-niemiecki w zaborze pruskim w związku z tym postrzegał on jako
coś nieuchronnego ze względu na znaczenie tych ziem nie tylko dla Polski, ale i
dla Niemiec. Utrzymanie i zasymilowanie ziem polskich, wedle niego, stanowi dla
Niemców konieczność z punktu widzenia bezpieczeństwa i potęgi ich państwa. Strata
tych obszarów byłaby zaś, jak pisze, „...ciosem śmiertelnym dla potęgi
niemieckiej”[24]. Dla
Polaków ich oderwanie od Niemiec ma równie priorytetowy charakter i podobnie
wiąże się ze sprawami związanymi z bezpieczeństwem, samodzielnością i swobodnym
rozwojem przyszłego państwa polskiego. „Kwestia rozwoju lub upadku potęgi
pruskiej – jak pisał Popławski – to kwestia naszej zagłady, lub odzyskania
narodowego bytu”[25], walka
toczy się o „...naszą przyszłość narodową i przyszłość potęgi niemieckiej”[26].
Rolę newralgiczną ze względów geopolitycznych odgrywały, jego zdaniem, Prusy
Wschodnie, dlatego też stwierdzał, iż na te ziemie polityka narodowa winna
zwracać szczególną uwagę. Z jednej strony pełniły one bowiem niezwykle istotną
funkcję w niemieckim Drang nach Osten. Z drugiej zaś rezygnacja z Prus
Wschodnich automatycznie pociągnęłaby za sobą rezygnację z Prus Zachodnich, a
co za tym idzie z dostępu do morza. To natomiast byłoby równoznaczne z
niemożnością utworzenia naprawdę samodzielnego państwa polskiego. Wychodząc z
takich założeń pisał, iż można wyobrazić sobie „...przyszłe państwo polskie bez
znacznej jego części, ale bez Prus zachodnich byłoby ono dziwotworem politycznym
i ekonomicznym, niezdolnym do rozwoju, nawet do dłuższego życia. A Prus
Zachodnich nie można utrzymać bez Prus Wschodnich, ten więc kraj za wszelką
cenę musi być polskim”[27].
Zdaniem Popławskiego, właśnie na tych terenach toczyła się walka o kluczowym znaczeniu
dla przyszłego bytu narodu i państwa polskiego. W cytowanym artykule postulował
on w związku z tym aktywne wspieranie kształtowania się tam polskiej
inteligencji, tworzenia polskich majątków i gospodarstw rolnych, dynamizację
osadnictwa ziemskiego, organizowanie na te tereny wycieczek turystycznych czy
tez znaczne zwiększenie liczby młodzieży polskiej studiującej na uniwersytecie
królewieckim. Postulatów tego rodzaju nie ograniczał on bynajmniej do tych
terenów, ale analogiczne metody polecał stosować na innych, mniej ważnych jego
zdaniem ziemiach kresowych, jak np. pozostające pod panowaniem austriackim
Spisz czy Bukowina. Z tych stwierdzeń, opinii dotyczących zaboru pruskiego
przebija pewien podziw dla Niemiec, mimo niego, a może właśnie w związku z nim,
politycy endeccy postanowili zwrócić się w kierunku Rosji. Orientacja rosyjska
była związana właśnie z przekonaniem, iż w państwie carów są większe możliwości
rozwoju narodowego Polaków. Popławski pisał w związku z tym w 1905 r.,
tłumacząc niejako przyczyny orientacji rosyjskiej, iż „...rządy pruskie byłyby
niewątpliwie bardziej cywilizowane w porównaniu z rosyjskimi. Ale interes
narodowy polega nie tylko na uzyskaniu bardziej cywilizowanego systemu
rządzenia. Osiągnięcie jedności narodowej jest najważniejszą naszą sprawą,
najpierwszym zadaniem naszej polityki”[28].
Niepodległość Polski była niewątpliwie przewodnim tematem
publicystyki Popławskiego, jak to już zostało nadmienione na wstępie. Wszelkie
kwestie i problemy analizował z tej perspektywy. Podkreślał on bardzo mocno, iż
jest to idea naczelna, której trzeba podporządkować wszelkie inne dążenia i
cele. Działalność w tym kierunku musi być planowa, świadoma i konsekwentna.
Zdając sobie sprawę z tego, iż trudno przewidzieć w jakich okolicznościach Polacy
zyskają możliwość odbudowy państwa polskiego, podkreślał, że nie można
opracować w tym momencie jakiegoś szczegółowego planu działania i dokonać
wyboru środków potrzebnych do urzeczywistnienia tego zasadniczego celu. Mimo to
jednak kierunek wszelkich działań powinien mieć charakter stały. „Nasza
polityka narodowa – jak pisał – inną miałaby energię i inne skutki, gdybyśmy
sobie tę Polskę przyszłą realnie wyobrażali, gdybyśmy pamiętali nie tylko o
celu bezpośrednim, ale i o ostatecznym wyniku każdego naszego czynu zbiorowego”[29].
Należy więc, jego zdaniem, przede wszystkim skupić się na dążeniu do
„....wytworzenia takiego zasobu siły narodowej, do takiego jej wyćwiczenia i
uruchomienia, żebyśmy zawsze mogli w chwili sposobnej skorzystać z pomyślnych
okoliczności i odpowiednio je wyzyskać dla osiągnięcia ostatecznego celu
polityki narodowej – niepodległości państwowej Polski”[30].
Rafał Łętocha
|
|
|
|